Pracę zaczynamy o godzinie 10 rano. Maciek przyjeżdża do mnie ze swoją dziewczyną i intensywnie pracujemy. Ja siedzę przy elektronice - wymontowuję z mojego 2-letniego robota układ sterujący i dozbrajam go w świeżo zakupione czujniki. Nanoszę poprawki do oprogramowania i po 7 godzinach mam działający układ zliczający czarne kreski namalowane na kartce papieru.
W tym samym czasie Maciek pracuje nad mechaniką. Do centralnego słupa przy pomocy sworzni mocuje podwójne działko, oraz rączkę nim sterującą. Zajmuje mu to podobną ilość czasu co mi moje zadania.




O godzinie 19 mamy prawie wszystko: elektronikę, mechanikę, większość softu… wynosimy wszystko na dwór, do samochodu. Wydaje się, że zdążymy - pozostaje wywiercić dziurę w dachu, zamontować urządzenie, dopracować soft i odpalić.
O godzinie 19:05 stoję na dachu samochodu w pełnym kostiumie ochronnym. Ze szlifierką podłączoną do UPSa. Odpalam szlifierkę… działa. Zaczynam ciąć. W ułamku sekundy szlifierka się zatrzymuje. UPS nie wytrzymał obciążenia.
Maciek i Monika sądzą, że jesteśmy ugotowani. Bez szlifierki na UPS nie mamy zasilania. Źródła prądu nie są tak łatwo dostępne - szczególnie nie o godzinie 19.00 w niedzielę… po czym ja ujawniam plan B: Monika ma mieszkanie na parterze, tuż obok parkingu. W chwilę później jedziemy już do niej.
Godzina 19:30. Znowu na dachu samochodu. Tym razem mi się nie oprze… zaczynam ciąć. Iskry lecą na odległość ładnych kilku metrów. Przechodnie patrzą zaciekawieni, a ciche ursynowskie osiedle przeistacza się na parę chwil w głośne ursynowskie osiedle. Hałas jest tak duży, że po szybkim nacięciu otworu zwijamy sprzęt i przestawiamy samochód w spokojniejsze miejsce (choć bez elektryczności).
W tym momencie już wiemy, że nie zdążymy… Dach jest trójwarstwowy: blacha, izolacja, blacha. Pierwszą warstwę blachy przecięliśmy pomagając sobie nożycami, z wielkim trudem, w ciągu 1,5 godziny. Nawet, jeśli byśmy się postarali, czasu jest bardzo mało. A na domiar złego - cięcie drugiej warstwy blachy o tej godzinie w tym miejscu nie wchodzi w grę. Szczególnie, że 500 metrów dalej jest komisariat, a my łamiemy pewnie z 10 różnych przepisów…
Udajemy się do Moniki na herbatkę i ciasteczka.
Dzwonię do Michała informując o przegranym zakładzie.